PCh 005: Jak uczyć się języków obcych, nawet jeżeli jesteś miękką bułą? Z poliglotą Bartkiem Czekałą

Z KIM I O CZYM JEST PODCAST

 
Charyzma to rozwój, a ten podcast to podważanie powszechnego przekonania, że z charyzmą trzeba się urodzić i droga do tego jak się jej nauczyć.
Gościem piątego odcinka jest Bartek Czekała, który opowie o tym, jak uczyć się języków obcych efektywnie, nawet jeżeli jesteś miękką bułą.
Z tego odcinka dowiesz się: Dlaczego warto uczyć się języków? Jakie języki są najbardziej pożądane na rynku pracy? Od czego zacząć naukę gramatyki, żeby robić to efektywnie? (instrukcja krok po kroku). Ile musimy znać słów w danym języku, by być w nim biegłym? Jak uczyć się słówek efektywnie i czemu system szkolny się nie sprawdza? Dlaczego mitem jest, że języka najszybciej nauczysz się w kraju, w którym ludzie się nim posługują? Jak usunąć kłody spod nóg w drodze do nauki języka? Jak pracować nad fonetyką w nauce języka? Od którego elementu zacząć naukę języka: fonetyki, leksyki czy gramatyki? Dlaczego bzdurą jest to, że do języków trzeba mieć talent? Jak uczyć się języków, gdy jest się miękką bułą? Jak wyrobić w sobie nawyk nauki? Jak wykorzystać zakłady do nauki języka? Jak przygotować się do rozmowy kwalifikacyjnej w innym języku?
 
Bartek jest ekspertem technik pamięciowych i poliglotą - zna 8 języków obcych (angielski, niemiecki, szwedzki, esperanto, rosyjski, francuski, hiszpański, czeski). Szwedzkiego do poziomu B2 nauczył się w 3,5 miesiąca bez kontaktu z osobami władającym tym językiem, by zatrudnić się w korporacji, w której się poznaliśmy. Czeskiego do poziomu B2 za to nauczył się w miesiąc. Prowadzi szkolenia i indywidualne korepetycje, a jego uczniowie uczą się przynajmniej 4 razy szybciej niż w szkołach językowych przy mniejszej ilości godzin, ale uprzedzam, że jeżeli chcecie się dostać do niego na lekcję, to kolejka jest …ekhem… bardzo długa. Prowadzi anglojęzycznego i polskiego bloga o nauce języków i technikach pamięciowych, oba bardzo poczytne w świecie.
 

NOTATKI Z NASZEJ ROZMOWY

  • Zasada Pareto

  • Grammar Cheat Sheet - na przykładzie angielskich czasów

  • Listy częstotliwości słów / Frequency list [ang]

  • Program do optymalizacji powtórek - Anki

  • Wrocławskie spotkania językowe w Sky Tower

  • "Jak zmotywować się do nauki nawet jeśli jesteś miękką bułą!"

  • Aplikacja DuoLingo (dostępna też na telefony)

  • Blog Tima Ferrissa

  • Efekt Aureoli (wikipedia)

  • Strona Bartka w języku angielskim (zdecydowanie więcej materiałów)

  • Strona Bartka w języku polskim

Transkrypcja

Dawid Straszak (DS): Cześć Bartek, witam cię serdecznie. Przede wszystkim chciałem zaznaczyć, że będziemy rozmawiali w języku polskim.

Bartek Czekała (BC): (śmiech) Nie ma sprawy, postaram się. Akurat polskiego używam najrzadziej w tygodniu.

DS: No właśnie, kiedy odsłuchiwaliśmy nagranie próbne Bartek powiedział mi, że dziwnie się czuje, słuchając mu samego siebie mówiącego po polsku, bo nie mówi w nim często. Dlaczego tak jest?

BC: Moje życie poniekąd toczy się wokół języków i nawet nie chodzi o samą ich naukę, tylko o języki jako takie. Obecnie uczę czterech: angielskiego, szwedzkiego, niemieckiego oraz hiszpańskiego. Zajęcia sprawiają, że posługuję się nimi do 30 godzin w tygodniu. Tyle czasu mam mniej na polski. Również mój czas wolny wypełniony jest językami obcymi: wszystkie badania naukowe, o których czytam, filmy, które oglądam, muzyka, której słucham – nie są po polsku. Badania naukowe publikowane są przede wszystkim po angielsku, znowu brakuje tutaj polskiego. Co ciekawe, nawet z moim czteromiesięcznym synem, Stasiem, komunikuję się po angielsku. To mój mały poboczny projekt – chcę, żeby był native speakerem języka angielskiego. Mama mówi po polsku, a tata tylko i wyłącznie po angielsku.

DS: Ciekawe.

BC: To dziwne, wiem.

DS: Tego nie powiedziałem, na pewno wiele dzieci wychowywanych jest w ten sposób, ale jestem ciekaw rezultatów.

BC: Zobaczymy je za parę miesięcy. Naszym zdaniem nie możemy niczego przegrać. Jeśli projekt się powiedzie – to super. Jeszcze długie lata będziemy rozmawiać po angielsku, nauczy się mówić jak native speaker. Wiem, ile czasu zajęło to mnie, więc jeśli mam możliwość dać mojemu dziecku taki prezent oszczędzonego czasu oraz wysiłku – świetnie. Z drugiej strony z wielu badań wynika, że dzieci często również odrzucają z jakiegoś powodu ten język i rodzica. Może to być wstyd, zażenowanie, brak użyteczności. Jednak nawet wtedy, gdy dziecko rozpoczyna naukę, widać, że jest dużo lepiej osłuchane, szybciej zapamiętuje słownictwo, posługuje się językiem dużo płynniej. Koniec końców nie ma tutaj żadnych negatywów.

DS: Zaprosiłem cię do rozmowy o tym, jak uczyć się języków, ale chciałbym zacząć od pytania, które powinno być w tym wszystkim najważniejsze: po co się ich uczyć?

BC: To świetne pytanie. Wydaje mi się, że łatwiej byłoby odpowiedzieć na pytanie o to, dlaczego nie warto uczyć się języków obcych. Nie ma takiego powodu. Nieważne, czy chodzi o pieniądze, rozwój, czy rozrywkę, warto to robić. Podam przykłady. W kwestii finansowej powszechnie wiadomo, że w dzisiejszych czasach ciężko zaliczyć angielski do języków obcych.

DS: Masz na myśli to, że jest on obecnie wymagany na rynku pracy na równi z polskim?

BC: Tak. Jest to karta wstępu do pracy przynajmniej w międzynarodowych firmach. Można dyskutować, czy określenie go językiem obcym jest wciąż prawidłowe. Języki to na pewno droga do kariery. Istnieją statystyki porównujące różnice w zarobkach osób, które znają na przykład jeden język obcy i dwa. W Polsce różnice te wynoszą od tysiąca do trzech tysięcy złotych, w zależności od języka, o którym mówimy. W przypadku osoby mówiącej po angielsku i niemiecku różnica będzie większa w porównaniu do osoby posługującej się angielskim i czeskim – dużo mniej cenionym od niemieckiego. Z kolei szwedzki jest dużo rzadszy, więc osoba ze szwedzkim i angielskim zarobi więcej od tej z niemieckim.

DS: Jesteś w stanie powiedzieć, jakie języki są w tej chwili najbardziej pożądane na rynku pracy?

BC: Na pewno języki skandynawskie. Zanim zacznę je wymieniać, warto zauważyć, że jeśli ktoś zastanawia się, jaki język wybrać, żeby dobrze wyjść na tym finansowo, równie dobrze może się zastanowić, jakie kraje mają dobrą sytuację gospodarczą lub będą ją miały – jest to do przewidzenia – i jednocześnie nie są popularne: na przykład nie ma takiej filologii w Polsce. We Wrocławiu nie ma filologii szwedzkiej: ten język jest jak najbardziej potrzebny i a kraj jest w dobrej sytuacji gospodarczej, możemy więc odhaczyć oba okienka. Norweski? Jak najbardziej. Fiński? Gospodarka jest w dobrym stanie, filologii nie ma, ale nie jest to kraj ekspansywny gospodarczo. Sprawi to, że prawdopodobnie ciężko będzie znaleźć pracę z fińskim. Na pewno będzie dużo łatwiej właśnie ze szwedzkim lub norweskim – można wtedy mieć duże wymagania. Korzystna jest również nauka japońskiego, Japonia to kraj dużo bardziej ekspansywny gospodarczo, filologii, a także osób posługujących się tym językiem, jest jak na lekarstwo.  Pamiętam, że bodajże dwa-trzy lata temu z ciekawości przejrzałem ogłoszenie o pracę z japońskim. We Wrocławiu poszukiwano osoby płynnie posługującej się tym językiem – to było jej jedyne wymaganie, poza angielskim. Miała tak naprawdę tylko jeździć na wyjazdy i tłumaczyć. Tych parę lat temu oferowano takiej osobie 11 tysięcy złotych na rękę. Moim zdaniem jest to jakiś pieniądz.

DS: Zdecydowanie. Mogliby mnie skusić.

BC: Moim zdaniem to najlepszy wzór na wyznaczanie użyteczności finansowej przy wybieraniu języka. Czy kraj jest ekspansywny gospodarczo, czy jest w dobrej kondycji? Jak bardzo jest popularny w naszym kraju?

DS: Opowiedz o innych, pozafinansowych powodach do nauki języków.

BC: Z uwagi na moją specjalizację muszę podkreślić, jak ważna jest nauka języków przy ćwiczeniu pamięci. Istnieje wiele badań, nawet sprzed 20-30 lat potwierdzających, że w momencie gdy opanujemy język obcy na poziomie nawet B1, zwiększa się ilość szarych komórek w hipokampie, czyli głównym ośrodku odpowiedzialnym za pamięć w mózgu, a także w korze przedczołowej, która jest odpowiedzialna między innymi za myślenie logiczne, kreatywne oraz pamięć. Na pewno jest to ważny aspekt. Z tego rozrostu mózgu wynikają inne zalety. Osoby znające nawet jeden język obcy wypadają dużo lepiej na testach logicznych, sprawności werbalnej i, co ciekawe, koncentracji. Może nie jest to aż tak zaskakujące – ilość czasu, którą trzeba poświęcić koncentrując się podczas nauki jest dosyć duża, odciska więc to swoje piętno na mózgu. Warto poruszyć również inny aspekt, nie tyle powiązany z pamięcią, co ze sprawnością zarządzania projektami. Nauka nowego języka obcego to skomplikowany proces, wymaga korzystania z wielu narzędzi mentalnych, na przykład zarządzania czasem, wyznaczania priorytetów. Znowu osoby, które znają przynajmniej jeden język obcy wypadają lepiej na takich testach od osób jednojęzycznych. Kolejny aspekt to coś, co w nauce o pamięci nazywamy umiejętnościami egzekutywnymi. Mówiąc w skrócie, jest to sposób zarządzania dużą liczbą elementów znajdujących się w pamięci krótkotrwałej. Na przykład, jeśli słuchamy i chcemy wychwycić konkretne słowo, musimy odszukać fragment tekstu w nagraniu, tam wychwytujemy dane słowo, a na dodatek naszą intencją jest zapamiętanie tego słowa. To jedna z umiejętności egzektywnych: utrzymanie w pamięci wielu fragmentów tekstu, żeby wychwycić z nich jeden lub coś z nim zrobić. Jest to swojego rodzaju mentalny multi-tasking.

DS: Ładnie powiedziane. Czyli poza zaletami finansowymi nauka języków obcych pozwala nam lepiej i sprawniej myśleć?

BC: Jak najbardziej. Mamy już dwa powody: pieniądze i sprawność umysłowa. Dla osób zainteresowanych zdrowiem dodam jeszcze jedną informację: badania wykazują, że nawet jeśli osoby, które opanowały chociaż jeden język obcy na poziomie średniozaawansowanym, zachorują na Alzheimera, dotyka je to średnio około 5 lat później niż w przypadku osób bez takiej umiejętności. Ostatnim szerszym aspektem jest rozrywka. Chodzi po prostu o dostęp do informacji i rozszerzanie zainteresowań. Szczególnie w przypadku języka angielskiego bogactwo filmów, seriali, książek, czy czegokolwiek innego w porównaniu z językiem polskim jest nieporównywalne. Istnieje tak niesamowita ilość informacji w języku angielskim, że moim zdaniem brak znajomości angielskiego nas zubaża.

DS: Odnoszę wrażenie, że większość osób z innych krajów uczy się angielskiego po to, by tworzyć po angielsku, nie biorąc pod uwagę tworzenia w języku ojczystym. Przez to dochodzę do wniosku, że niedługo angielski stanie się wspólnym językiem dla nas wszystkich. Tak jak już wspomniałeś, teraz na rynku pracy firmy międzynarodowe wymagają angielskiego na równi z obsługą komputera. Masz jeszcze inne przykłady?

BC: Można kogoś poderwać w obcym języku. Aspekt społeczny również jest ważny. Jeśli nie idzie ci szukanie partnera w Polsce i nauczysz się niemieckiego, nagle możesz wybierać spośród 130 milionów nowych osób. Może trochę przesadziłem, bo uwzględniłem osoby ze wszystkich przedziałów wiekowych, jednak 40, może 20 milionów nowych osób to znaczne poszerzenie puli. Pójdźmy dalej: hiszpański. W tej chwili jest to bodajże najbardziej rozpowszechniony język na świecie. Angielski jest na trzecim miejscu, na drugim jest chiński. Z hiszpańskim mamy 200-300 milionów osób, które cię zechcą. To może się przydać, prawda?

DS: Coś jeszcze przychodzi ci do głowy?

BC: Powody można mnożyć i rozdrabniać. Na przykład rozszerza się dostęp do kultury. Wydaje mi się, że nie można jej poważnie zgłębić bez znajomości żadnego języka obcego; zrozumieć, dlaczego osoby rozumują lub zachowują się w dany sposób. Wydaje mi się jednak, że wymieniliśmy najważniejsze korzyści, które niesie za sobą nauka języków obcych.

DS: Dobrze, skoro już wiemy po co się ich uczyć, to teraz porozmawiajmy o tym, jak to zrobić. Chciałbym rozbić tę kwestię na trzy części: gramatykę, leksykę i fonetykę. Powiedz, jakie masz rady na ugryzienie każdego z tych aspektów.

BC: Zacznijmy od przeklętej gramatyki. Mówię tak, bo nie ma ona wielu entuzjastów, mało osób lubi się jej uczyć. Zazwyczaj to niechciana część języka. Paradoksalnie, moim zdaniem to jedna z łatwiejszych części nauki, jeśli odpowiednio do tego podejdziemy. Podzieliłbym ją na dwie części: taką na poziomie pozwalającym na użycie jej w podstawowej rozmowie oraz poziom zaawansowany, gdy jesteśmy w stanie rozróżniać niuanse gramatyczne. Na pierwszym etapie najważniejsze byłoby zastosowanie zasady Pareta. Myślę, że wielu czytelników kojarzy tę zasadę, polega ona na podziale 80/20 i czasami jest też tak nazywana. Jeśli włożymy 20% wysiłku w odpowiednie elementy pewnej całości, uzyskamy 80% rezultatów. I na odwrót – jeśli włożymy w coś 80% wysiłku, czym nie byłby ten wysiłek ukierunkowany, uzyskamy tylko 20% rezultatów.

DS: Czyli musimy mądrze zdecydować, w co inwestujemy swoją pracę.

BC: Jak najbardziej. Wydaje mi się, że nawet jeśli ktoś nie słyszał wcześniej o tej zasadzie i przez chwilę zastanowi się nad jakąkolwiek dziedziną, to niemożliwe, aby wszystkie jej elementy były używane z tą samą częstotliwością.

DS: Jednym z moich ulubionych przykładów zasady Pareta to to, że 20% ciuchów nosimy przez 80% czasu.

BC: O tym zastosowaniu nie słyszałem, ale to na pewno prawda.

DS: W przypadku męskiej garderoby to się sprawdza.

BC: Wracając do gramatyki, najpierw należy się zastanowić, jaka jej część będzie ci najbardziej potrzebna na początkowym etapie nauki, żeby prowadzić podstawowe rozmowy. Niezależnie od tego, o jakim języku mówimy, te elementy będą się powtarzać. Możliwe, ze nie wszędzie będą one dokładnie takie same, na przykład w chińskim nie mamy czasów. O czym więc mowa? Zaimki osobowe: ja, ty, on, ona. To logiczne, że nie możemy się bez nich porozumiewać, pojawiają się w każdym zdaniu. Możemy pociągnąć zasadę Pareta dalej: po co uczyć się od razu wszystkich tych zaimków, skoro nie są nam tak samo potrzebne? Których używamy najczęściej? Ja, ty. On i ona pewnie też, jednak jeśli jesteś nastawiony na rozmowę, na początku możesz ograniczyć się do tych dwóch.

Co dalej? Musisz wiedzieć, jak przeczyć. W większości języków europejskich jest to banalne, zazwyczaj wystarczy jedno słowo. Po polsku mamy „nie”, po hiszpańsku mamy „no”, w angielskim „no”, „nein” w niemieckim. Potrzebujemy nauczyć się tylko jednego słowa, by zaprzeczyć. Musimy również wiedzieć, jak zadawać pytania. Czasami nawet nie jest to niezbędne, bo kiedy nie wiemy jak stworzyć zgrabne pytanie, wystarczy użyć intonacji pytającej w zdaniu twierdzącym. W niektórych językach to zwyczajny sposób zadawania pytań. Zostają nam: czas teraźniejszy, przeszły i przyszły. W tym momencie niektórzy panikują, bo angielski ma 12 czasów, niemiecki i szwedzki –  5, a hiszpański bodajże 9. Dlatego wiele osób widząc książkę do gramatyki wpada w panikę, myśląc, kiedy się tego nauczą. Tymczasem wcale nie muszą tego robić, a przynajmniej nie na samym początku. Wystarczy jeden czas teraźniejszy, by przekazać intencje tego, co się dzieje teraz, przeszły, by opisać przeszłość i przyszły, by opisać przyszłość. Z tymi umiejętnościami mamy naprawdę szeroki zakres gramatyczny do rozpoczęcia rozmowy. Dodałbym ewentualnie kilka drobiazgów, takich jak spójniki. Zdania złożone to nic innego jak zdania proste połączone spójnikami. Przyszedłem tu, ponieważ, spójnik, chciałem tu przyjść. Albo: myślę, że, spójnik, chciałem tu przyjść. Przy pomocy tych części mowy możemy osiągnąć większą spójność logiczną naszej wypowiedzi. I, ponieważ, lub, że, żeby – nie potrzebujemy ich więcej. Później mamy czasowniki modalne: móc, umieć, potrafić, musieć, mieć powinność, chcieć –  i koniec. Czasowniki modalne są tak często używane, że warto zaczynać od nich naukę. Na koniec zaimki dzierżawcze: mój, twój i tak dalej, oraz zaimki dopełnienia: mi, mnie, ciebie, tobą. W zależności od języka zaimki te będą odmieniane przez przypadki, w niemieckim przez cztery, a w angielskim wcale nie trzeba się tego uczyć, jest tylko jedna grupa. Jeśli zwrócimy uwagę przede wszystkim na te elementy, których nie ma aż tak dużo, będziemy w stanie dosyć szybko zacząć mówić. Może to się wydać szokujące osobom takim jak my, przyzwyczajonym do typowego systemu edukacji, gdzie katuje się podręcznik rok, później się go zmienia, a zagadnienia gramatyczne są tam rozsiane w bardzo niespójny sposób. Zanim człowiek opanuję wystarczającą liczbę tych narzędzi gramatycznych niezbędnych do wypowiedzi, mija bardzo dużo czasu. Dla przykładu, kiedy ja uczę moich klientów języka od podstaw, zaczynam od tak zwanej gramatyki funkcjonalnej, czyli wszystkich elementów, które właśnie wymieniłem. Nie jest dużo, ale wystarczy do porozumiewania się w danym kraju, jeśli jesteśmy chociaż trochę osłuchani z danym językiem i mamy słownictwo. Zazwyczaj przerabiam ten materiał w dwie godziny, a trzecia to już rozmowa. Dla wielu osób to jest szokujące, nie mieści im się w głowie, że można już rozmawiać.

Kiedy osoby tworzą takie pierwsze wypowiedzi, zauważają, że potrzebują tylko wymienionych elementów. Oczywiście, są również tryby warunkowe (jeśli…, to ….), porównania, ale to są umiejętności, które dobrze mieć, ale nie są niezbędne.

DS: Zwłaszcza, że podczas nauki najprzyjemniej jest widzieć efekty. Nie tak, jak wspomniałeś, że po latach tłuczenia podręczników dopiero zaczynasz coś rozumieć. Ale załóżmy, że ktoś chce zacząć bez możliwości konsultacji z tobą. Co im doradzasz? Jak powinny zabrać się za gramatykę?

BC: Proponuje zacząć logicznie. Elementy, które wymieniłem, może znaleźć w internecie i książkach do gramatyki. Załóżmy jednak, że ktoś nie ma takiej możliwości lub uważa, że ma do tego niewystarczającą wiedzę. Można wtedy poprosić o to korepetytora lub nauczyciela, albo, jeśli jesteś samoukiem z wyboru, jest możliwość zajęć tylko przez dwie godziny właśnie po to, by nam pomógł w odnalezieniu tych informacji. Taka osoba powinna nam również wytłumaczyć, jaka jego zdaniem jest najważniejsza gramatyka w danym języku: jeśli potrzebujemy po jednym czasie teraźniejszym, przeszłym i przyszłym – które z nich są najczęściej używane, wyjaśnić, jak przeczyć. Należy sporządzić taką krótką listę i poprosić o ich wyjaśnienie, lub nawet nazwanie. Same te nazwy (np. konkretny czas) pozwolą nam już odnaleźć te informacje samodzielnie.

DS: Czyli jeśli korzystasz z podręczników do gramatyki, gdzie zawarte są wyłącznie informacje o zasadach gramatycznych, a nie z typowych podręczników np. do angielskiego, gdzie jest również słownictwo, powinniśmy przerobić te zagadnienia w kolejności, w której je wymieniłeś?

BC: Tak. Następne kwestie powinniśmy dodawać wedle potrzeby. Jeśli nie używasz trybu warunkowego przez wiele godzin i w końcu się na niego natykasz podczas rozmowy z nauczycielem lub z obcokrajowcami, to świetny praktyczny sygnał, że warto zainteresować się tym zagadnieniem. Myślę, że to dobry sposób. Z kolei osoby, które wolą bardziej uporządkowany system, mogą iść „książkowo”.

DS: A czym jest „grammar cheat sheet”?

BC: Powiedziałbym, że to jedno z narzędzi w przyborniku gramatycznym lub w zestawie gramatycznym. Istnieje wiele metod, które mogą się składać na nasz przybornik, jednym z nich jest ściągawka gramatyczna. Uważam, że jest ona raczej niedoceniona i rzadko używana, nie tylko w Polsce, również za granicą. Nie polega to na tym, z czym większość osób może ją kojarzyć: ze ściągą, którą każdy z nas widział, gdzie wypisane jest wszystko, dosłownie cała gramatyka, wszystkie czasy, konstrukcje. Szanse, że będziesz z niej korzystać jest minimalna z uwagi na chaos informacyjny. Jest ich za dużo, zwłaszcza tych, które nie są ci potrzebne. Z kolei gdy wiesz, czego się uczyć, na takiej ściągawce umieszczasz wyłącznie przypomnienia, w jaki sposób tworzyć podstawowe konstrukcje, które właśnie opanowałeś. Jeden czas przyszły i przeszły nie zajmą dużo miejsca, a jednocześnie da ci to łatwy sposób do odwoływania się do tych informacji, gdybyś i o nich zapomniał. Dużo łatwiej jest sięgnąć po pojedynczą kartkę, powiedzieć „acha, w ten sposób tworzymy czas przyszły”, nawet podczas zajęć, niż ściągnąć z półki książkę gramatyczną, przejrzeć spis treści, znaleźć stronę, gdzie omówiona jest dana kwestia. W praktyce jest to tak czasochłonne mentalnie, że większość osób się poddaje.

DS: To ciekawa rada, żeby trzymać tę ściągawkę zawsze przy sobie. W moim przypadku sprawdziło się to świetnie, miałem kilkakrotnie złożoną kartkę A4, więc mieściła się w portfelu. Ilekroć natrafiałem na problem pisząc maila, sprawdzałem, który czas powinienem zastosować i zajmowało mi to chwilę.

BC: Dokładnie. To również jedna z metod, które uniezależniają w toku nauki, nie musimy już w tak dużym stopniu polegać na nauczycielu. W ogóle największą wolność, którą daje nauka nie tylko języków, jest wiedza, jak dostarczyć sobie informacji zwrotnych. Ściągawka to jedno z ich źródeł, tak jak mówiłeś, wystarczy zwykła kartka A4.

DS: Zwłaszcza, że piszemy je sami, przynajmniej ja tak robiłem. Wtedy podchodzimy do tego inaczej, możemy dowolnie usuwać niepotrzebne nam informacje. W książkach mogą znajdować się skomplikowane opisy najprostszych czasów, które nie przysparzają nam problemów. Nie korzystając z nich oszczędzamy miejsce.

BC: Ściągawka to bardzo indywidualne narzędzie: będzie ci potrzebna niezależnie od poziomu, na którym się znajdujesz. Osoby zaawansowane mogą umieścić tam bardzo skomplikowane konstrukcje, podczas gdy początkujący zaczynają od „ja”, „ty” itd.

DS: Gramatykę mamy ogarniętą, co teraz?

BC: Leksyka. To chyba największy koszmarek. O ile gramatyka nie jest taka trudna, bo moim zdaniem do dobrego posługiwania się językiem wystarczy zautomatyzować kilkadziesiąt konstrukcji, o tyle w przypadku słownictwa potrzebujemy tysięcy słówek, by osiągnąć pewną płynność.

DS: Jesteś w stanie określić liczbę słów potrzebnych do płynnego posługiwania się językiem obcym?

BC: Mogę to oszacować, chociaż chciałem zaznaczyć, że kwestia płynności jest o tyle ciekawa, że lingwiści do tej pory nie potrafili zgodnie jej zdefiniować. Ciężko jest jednoznacznie wskazać, czym jest poziom C1 albo B2. Istnieją nawet native speakerzy danego języka posługujący się płynnie językiem ojczystym na poziomie B2, chociaż jego definicja to „wysoki średniozaawansowany” – czyli jeszcze nie płynny. Mamy do czynienia tutaj z wieloma niejednoznacznościami, jednak punkt, na który sam bym wskazał, to poziom B2. Jeśli chcemy jasno określić kamienie milowe na drodze nauki języka, wyróżniłbym cztery z nich. Pierwszy to tysiąc słów. Zanim przejdę dalej, zaznaczę, że w tej klasyfikacji jedno słowo oznacza wyraz oraz wszystkie jego odmiany, a nawet wszystkie inne słowa należące do tej samej rodziny wyrazów: biegać, biegający, biegacz, bieganie itp. Z mojej perspektywy to wszystko jest jednym słowem. W większości języków daje to nam zrozumienie na poziomie 80%. To bardzo ciekawa kwestia, ponieważ wiele osób, gdy się o tym dowiaduje, jest zachwycona. Skoro tysiąc słów daje 80% zrozumienia, w tym tygodniu zaczynam niemiecki, w przyszłym przejdę do greckiego… Entuzjazm jest zrozumiały, 80% to bardzo dużo, ale pozornie. Gdybyśmy statystycznie zebrali wszystkie codzienne rozmowy, artykuły, podstawowych tysiąc słów będzie stanowiło 80% tych wypowiedzi, lecz nie zrozumienia w tym sensie, że będziemy wiedzieć z grubsza, o co chodzi. Moim ulubionym przykładem jest hipotetyczna sytuacja nauki polskiego: znacie już tysiąc słów i stoicie obok pary na przystanku. Przysłuchujecie się ich rozmowie i wyłapujecie taki fragment: „wczoraj poszedłem na…. I dowiedziałem się tam, że… i wtedy …”. Z grubsza rozumieliście 80% słów, ale czy można powiedzieć, że dotarł do was główny sens wypowiedzi? Kłopot polega na tym, że słowa kluczowe stanowiące trzon naszego przekazu należą do 20% rzadziej używanego słownictwa. Nie będziemy w stanie dotrzeć do sedna wypowiedzi, ponieważ na ten pierwszy tysiąc słów składają się właśnie przeczenia, zaimki (ja, ty on), spójniki (bo, że), również kilka przekleństw. W angielskim słowo „fuck” jest na dziewiątym miejscu najczęściej używanych słów. To szokujące, można pomyśleć „toż to zwierzęta, to obrzydliwe”. Nie wiem, jak uplasowałby się nasz czołowy polski odpowiednik.

DS: Pewnie na podium.

BC: Albo chociaż w pierwszej piątce. Ten tysiąc słów to na pewno świetna podstawa. Drugi kamień milowy to trzy tysiące słów. Według badań z grubsza dają one 95% zrozumienia. To dopiero pierwszy kamień milowy, który nas interesuje, ponieważ przy takim poziomie jesteśmy w stanie czytać i się porozumiewać. Pokusiłbym się o stwierdzenie, mimo że sama liczba brzmi groźnie, że trzy tysiące słów to nie tak dużo materiału. Dla większości osób osiągnięcie tego poziomu to około rok względnego przyłożenia się, nawet przy prymitywnym systemie nauki. Ten etap jest również o tyle ciekawy, że stanowi on tak zwane minimum nauki kontekstowej. Jest wiele wesołków lub lektorów w szkołach językowych mówiących, że jeśli tylko wyjedziesz za granicę, otoczysz się językiem i zaczniesz go wchłaniać przez skórę. Lubimy słuchać opowieści ludzi, którzy wyjechali na przykład do Londynu, rozłożyli sobie leżak na rynku, otworzyli piwo i zaczęli słuchać. Po ośmiu godzinach taka osoba składa leżak i wraca do domu. Po paru miesiącach nabywa umiejętność płynnego posługiwania się językiem. Nauka wyraźnie zaznacza, że minimum wymaganej nauki kontekstowej, czyli poziomu, który jest potrzebny by zacząć uczyć  się czegokolwiek z kontekstu, to trzy tysiące słów. Co ciekawe, słowo minimum wskazuje, że jeszcze nie będziesz się uczyć efektywnie. Innym mitem dotyczącym immersji językowej, czyli otaczania się językiem, jest nauka pasywna. Wiele osób próbuje się uczyć poprzez czytanie lub słuchanie. Wydaje mi się, że to dosyć popularne podejście w Polsce. Niestety efekty, nawet po wielu godzinach czytania i słuchania, są dosyć kiepskie. Trzy tysiące słów to dopiero początek nauki kontekstowej, czyli może do niej dojść, ale nie zawsze i nie często.

W tym momencie przechodzimy do trzeciego kamienia milowego, do którego docieramy poznawszy pięć tysięcy słów. Dzięki nim mamy około 98% zrozumienia codziennych rozmów, podstawowych tekstów. Oczywiście przy tekstach specjalistycznych ten poziom spada, jednak to wyjątek. Dopiero pięć tysięcy słów stanowi optymalny próg nauki kontekstowej. Dopiero na tym etapie nauka z seriali i książek będzie efektywna. W tym momencie można przejść zupełnie do pasywnej nauki języka i go chłonąć. Ten poziom jest już całkiem wysoki i na skali można go porównać do B2. Pierwszy tysiąc słów to A2, trzy tysiące – B1, może początek B2. Jeśli pojedziemy do obcego kraju i będziemy liczyć na efektywną pasywną naukę z zakresem słownictwa niższym niż pięć tysięcy słów, może się srogo zawieźć. Nawet podczas prowadzenia szkoleń natrafiam na ciekawe przypadki, kiedy słucham o osobach, które przychodząc do pracy w nowej firmie, dostawały miesięczne kursy immersyjne. Polegały one na codziennych czterogodzinnych sesjach przez miesiąc (a może i dłużej), gdzie uczyły się wyłącznie języka niemieckiego. Nic więcej. Gdy omawiam ogólnie przyjęte poziomy języka, progi nauki kontekstowej, takie osoby podchodzą do mnie na przerwie i mówią, że to wiele wyjaśnia. Gdy słyszały o tych kursach, były zachwycone – przekonane, że podszkolą się o poziom albo dwa. Po miesiącu uczniowie oczywiście czuli różnicę, bo w końcu 80 czy 160 godzin musi przynieść efekty, jednak nie dochodzi do tak głębokich zmian odczuwalnych na przykład podczas rozmowy, w sposobie wypowiadania się. Co ciekawe, dojście do poziomu B2 w typowej szkole językowej zajmuje 4 lata, a jednocześnie w celu dojścia do tego poziomu (nie tylko w szkołach językowych, również w tych publicznych) przede wszystkim słuchamy i czytamy. A przecież te czynności nabierają większego sensu dopiero właśnie na poziomie B2.

Ostatnim kamieniem milowym jest dziesięć tysięcy słów. Rozumiemy wtedy 99% tego, co słyszymy i czytamy, to poziom C1/C2. Na tym poziomie zalecam moim uczniom zastanowić się, czy warto kontynuować naukę. Patrząc na sprawę logicznie, jeśli nie rozumiemy jednego słowa na sto (tak mówi statystyka), bardzo prawdopodobne, że zrozumiemy je z kontekstu i nie potrzebujemy znać go aktywnie. Jest to moment, kiedy nie musimy poświęcać już językowi tak dużo czasu. Oczywiście możemy go dalej szlifować, jeśli jest to nam potrzebne na przykład do pracy, jednak wciąż nie powinniśmy go zaniedbywać. Zwróćmy uwagę, jak spadają efekty naszego wysiłku w miarę dalszej nauki języka: 1000 słów to 80% zrozumienia, nauczenie się kolejnych 2000 słów sprawia, że zyskujemy już tylko 15% zrozumienia (95%), przy kolejnych 2000 słów nasze zrozumienie wzrasta już tylko o 3% (do 98%), a po nauczeniu się kolejnych 5000 słów rozumiemy tylko o 1% więcej przekazu. Przechodząc z poziomu B2 na C1, w przybliżeniu w podobnym czasie można by się nauczyć nowego języka na poziomie średniozaawansowanym. W dojście do poziomu C1 trzeba włożyć naprawdę sporu wysiłku. Można wyciągnąć z tego kilka wniosków. Po pierwsze, warto korzystać z list częstotliwości. Były one początkowo tworzone w latach 60. i wciąż się je tworzy w niektórych krajach. Ookazują one, z jaką częstotliwością używane są słowa w danym języku.  Możemy sobie wygooglować „lista częstotliwości” lub „frequency list”, jak zwykle angielskie wyszukiwanie da nam więcej wyników, plus nazwę danego języka. Pozwoli nam to dowiedzieć się, jakie słowa należą do najczęściej używanego tysiąca (lub trzech lub pięciu) słów w angielskim, hiszpańskim czy niemieckim. Użycie takich list pozwala nam na zminimalizowanie wysiłku, ponieważ szybko osiągniemy maksymalny poziom zrozumienia danego języka. Osobiście nie używam podręczników do nauki języka, bo uważam to za stratę czasu. Nauka jest zawsze personalna, podręczniki – nie. W momencie, kiedy na siódmej lekcji mamy na przykład warzywa i wiemy już jak powiedzieć „seler” czy „rzodkiewka”, ale nie potrafimy się zapytać o drogę do kibla w obcym mieście…

DS: A selera nie jemy w ogóle i nigdy o niego nie zapytamy.

BC: … to znaczy, że coś ewidentnie jest nie tak. A na sprawdzianie i tak jest seler, tylko nie wiadomo, po co. Nauka jest mocno spersonalizowana, dlatego dla mnie tak ważne są listy częstotliwości. Każde słowo, którego będziesz się uczył ma być najprostszą drogą do celu, czyli do osiągnięcia 80, 90, 95% zrozumienia. Moim zdaniem wyborem słownictwa najczęściej rządzą dwa kryteria: listy częstotliwości, ponieważ prędzej czy później konieczne będzie przyswojenie sobie najczęściej używanych słów; drugie to użytek osobisty. Jeśli ktoś pracuje albo chce pracować jako weterynarz, słowa takie jak na przykład „powięź” będą potrzebne. Każda inna osoba będzie raczej się zastanawiać, co to słowo znaczy w ogóle w języku polskim. Wszyscy mamy swoje preferencje, zainteresowania, a także pracę wymagającą specyficznego słownictwa, dlatego oprócz list częstotliwości powinniśmy brać pod uwagę naszą osobistą sytuację i potrzeby. Dla mnie takie wyrazy jak „mózg” i „pamięć” to jedne z pierwszych podczas nauki nowego języka, ponieważ wokół nich toczy się moja praca i często o nich opowiadam. Prawdopodobnie nie znajdują się one na liście pierwszych trzech czy pięciu tysięcy najczęściej używanych słów, jednak mnie osobiście ich nieznajomość bardzo by ograniczała.

DS: A jak uczyć się samych słów? Wiemy już, których potrzebujemy, wykreśliliśmy te niepotrzebne: jak sprawić, żeby weszły nam do głowy?

BC: Najprostszym sposobem nie wymagającym żadnego przygotowania ani żadnej wiedzy jest używanie programów do optymalizacji nauki słownictwa.

DS: Takich jak?

BC: Takich jak Anki, wystarczy wyszukać tę nazwę w internecie i w pierwszej kolejności pokaże się nam ten program.

DS: Anki skakanki.

BC: Dobre skojarzenie.

DS: To jest też dobra technika na zapamiętywanie.

BC: Można rozumieć ten program jako elektroniczne fiszki. Z jednej strony na papierze możemy mieć napisane „pies”, a na drugiej „dog” – na tej samej zasadzie działa słownictwo w Anki. Program zadaje nam pytanie, np. „pies”, a my musimy się zastanowić jak to brzmi po angielsku. Niezależnie od tego, czy znamy odpowiedź czy nie, po chwili klikamy prosząc o nią i dowiadujemy się, czy dobrze zapamiętaliśmy słówko. Na podstawie informacji wprowadzonej do programu może on obliczyć daty powtórek.

DS: Z tego co pamiętam, można tam zaznaczyć, czy pamiętaliśmy o tym bez problemu, czy musieliśmy się chwilę zastanowić…

BC: No właśnie, to bardziej precyzyjne narzędzie do nauki słownictwa. Podstawowym błędem popełnianym przez wiele osób uczących się nowego języka jest nauka zbyt szerokiego zakresu materiału, a to prowadzi do tak zwanego paraliżu decyzyjnego. Jeśli uczyliśmy się chociaż jednego języka musieliśmy się zmierzyć z tą sytuacja przynajmniej raz. Mamy trzy podręczniki, pięćdziesiąt kserówek, może dwadzieścia, na pewno ze dwa zeszyty do nauki. Zebrało się nam już trochę papierów. Dodatkowo każdy z nas ma chociaż jedną fajną aplikację na telefonie, gdzie nie tylko widzimy słowo „dog”, ale też pieska, który się rusza i wszyscy się tym zachwycają, bo jest kolorowy i uroczy. Od telefonu przechodzimy do internetu. Znajdziemy tam na przykład DuoLingo, też jeden z materiałów do nauki. Podsumowując, mamy przynajmniej parędziesiąt miejsc, od których możemy zacząć naukę słownictwa. To prowadzi do paraliżu. Wyobraź sobie, że wracasz z pracy do domu i wiesz, że masz 15 minut, które możesz przeznaczyć na naukę, bo potem czekają na ciebie inne obowiązki. W tej sytuacji najwięcej czasu zajmie nam podjęcie decyzji, czy otworzymy zeszyt, czy zalogujemy się do DuoLingo. Stąd nazwa – paraliż decyzyjny, bo często nie podejmujemy decyzji w ogóle lub to ona zabiera nam więcej czasu. To dosyć smutny stan rzeczy.

DS: Czyli im większy mamy wybór, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że go dokonamy?

BC: Dokładnie tak. Programy takie jak Anki eliminują dodatkowe źródła. Ja używam tylko jego. Łatwo sobie wyobrazić, ile czasu potrzebuję na podjęcie decyzji, jeśli do dyspozycji mam tylko jedno źródło nauki słownictwa. Załóżmy, że dzisiaj postanowiłem, że pouczę się z kserówki, jutro z zeszytu, a następnego dnia z aplikacji. W tej nauce nie ma żadnej spójności. Zanim wrócę do materiału z danego źródła, mogą minąć dwa lub trzy tygodnie. Ale z Anki wiem, co zrobić – czas, jaki mija od podjęcia decyzji o nauce i jej rozpoczęciu jest minimalny. Nazywane jest to ładnie w psychologii energią aktywacyjną, czyli energią, której potrzebujemy do rozpoczęcia danej czynności. Im więcej mamy tych metaforycznych kłód pod nogami, tym mniejsze szanse, że podejmiemy decyzję. Ktoś może zapytać, jak duży problem może stanowić otwarcie zeszytu czy sięgnięcie po książkę – zgadzam się, nie jest to nadludzki wysiłek. Mimo to badania pokazują, że wystarczy minimalnie zwiększyć wysiłek potrzebny do rozpoczęcia czynności, byśmy zaczęli skupiać się na racjonalizowaniu niepodejmowania jej wcale. Mózg rodzi opór, bo do rozpoczęcia działania potrzebujemy energii, energia do glukoza, mózg broni zapasów glukozy i nie chce zużywać jej więcej, niż to niezbędne. Mózg wciąż funkcjonuje według prymitywnych wzorców. Dzisiaj mamy już jedzenia pod dostatkiem, jednak jego strategie są zakonserwowane w przeszłości, np. milion lat temu, kiedy o pożywienie było trudniej. Badania pokazują, że jeśli na przykład podczas konferencji ciastka na stole zostaną przesunięte dosłownie o parę centymetrów poza zasięg naszego ramienia tak, że musimy się porządnie po nie wyciągnąć, konsumpcja spada o parędziesiąt procent. A przecież chodzi tylko o dłuższy ruch, a nie o poważny wysiłek.

DS: Czyli według twojej rady powinniśmy przysunąć sobie tę miskę jak najbliżej? Żebyśmy nie mieli innego wyjścia, tylko…

BC: … czerpali słodycz z nauki języka. Możemy wrócić do ściągawki gramatycznej. Co ona nam daje? Minimalizuje wysiłek potrzebny do uzyskania informacji zwrotnej w postaci sposobu tworzenia danej konstrukcji.

DS: Można też zrobić jej zdjęcia i wtedy w ogóle nie trzeba niczego ze sobą nosić, tylko mieć te materiały zawsze przy sobie.

BC: Jak najbardziej.

DS: Najbardziej lubię w Anki jego brak litości. Jeśli gorzej ci idzie, słówka, których nie potrafisz zapamiętać powracają do ciebie tyle razy, ile razy ty nie mogłeś poprawnie sobie ich przypomnieć. Jeśli uczymy się na komputerze z typowych list słówek, łatwo nam przymknąć oko na te trudniejsze wyrażenia, przy Anki to niemożliwe.

BC: Albo też wmawiamy sobie, że przecież znamy to słowo, mamy je w końcu na liście. Dzieje się tak, bo nie pojawia się element testowania. Kiedy tworzymy sobie klasyczne listy słówek na podstawie rozdziału z podręcznika, tylko je odczytujemy. Anki nas testuje, sami musimy sobie przypomnieć poprawny odpowiednik w drugim języku.

DS: Powiedz mi, czy najpierw powinno pojawiać się słowo w języku ojczystym czy obcym? Jeśli chcemy się nauczyć słowa „jabłko” – najpierw powinniśmy zobaczyć „jabłko”, czy „apple”?

BC: Zdecydowanie na samym początku polecam zaczynanie od słów w języku ojczystym, tak by stworzyć trwały ślad pamięciowy, coś co po angielsku nazywa się „active recall”, co można spokojnie przetłumaczyć jako aktywne przywoływanie słów z pamięci. Potrzebujemy energii, by przypomnieć sobie brzmienie słowa w języku obcym, i aktywuje się ona w momencie, gdy widzimy fiszkę ze słówkiem w języku ojczystym. Tego elementu brakuje, gdy pytanie brzmi po prostu „dog”. Wtedy ćwiczymy rozpoznawanie, a równie dobrze możemy to robić otwierając książkę i czytając. Takie rozpoznawanie ma więcej sensu i coś za sobą niesie. Dlatego zdecydowane polecam pytania w języku ojczystym albo innym, który już świetne znasz, a odpowiedzi w języku obcym.

DS: A co najważniejsze, Anki jest darmowe. Istnieje płatna wersja, ale przez stronę internetową jest darmowe.

BC: Nie wiedziałem o tym.

DS: W ten sposób z niego korzystam – otwieram go przez przeglądarkę i nie muszę płacić.

BC: Mówisz o AnkiWeb?

DS: Tak.

BC: Zdecydowanie, to jedna z najlepszych inwestycji w trakcie nauki, jakich można dokonać.

DS: Na początku byłem sceptycznie nastawiony, bo fiszki zawsze kojarzyły mi się ze studentami medycyny, którzy uczyli się właśnie w ten sposób, ale potem sobie pomyślałem, że oni uczą się najwięcej, więc muszą coś o tym wiedzieć. Faktycznie, kiedy już zacząłem naukę z Anki, teraz nie potrafię sobie wyobrazić ile czasu musiałbym marnować na powrót do starych metod. Mój sposób wygląda tak: pojawia się słówko w języku polskim, sam je mówię na głos w języku obcym, dopiero wtedy je sprawdzam i jeśli się zgadza, to super, piątka dla mnie. Jeśli nie – czytam poprawną wersję i lecimy dalej. Na początku robiłem to po cichu, ale przynosi dużo większe efekty, kiedy wymawiam słówko na głos.

BC: To ciekawe, nazywa się to efektem produkcji. Nieważne, w jakikolwiek sposób będziemy produkować albo odtwarzać informacje, będzie to pozytywnie wpływać na zapamiętywanie. Nawet w tak absurdalny sposób, że w momencie, gdy ktoś będzie tylko czytać w głowie listę słówek, a ktoś obok będzie robić to samo, jednocześnie poruszając przy tym ustami, ta druga osoba osiągnie lepsze efekty. Faktycznie wymawianie słów na głos podczas nauki może nam tylko pomóc.

DS: Zostaje nam trzeci dział.

BC: A mianowicie? Słuchanie?

DS: Tak, mieliśmy już gramatykę, słownictwo, teraz pora na słuchanie.

BC: Na pewno możemy sobie to jakoś rozbić w zależności od poziomu, na którym się znajdujemy. Najlepiej zacząć omawiać słuchanie od poziomu B1/B2, czyli 4-5 tysięcy słówek. Jeśli ktoś cię już tak zdiagnozował na rozmowie kwalifikacyjnej, w szkole językowej lub zdałeś certyfikat, na tym poziomie nie musisz się bawić w jakąkolwiek dyskryminację, wyszukiwanie specjalnych nagrań, ponieważ powinieneś rozumieć 80-95% tekstu słuchanego, nie pozostaje nam tylko słuchać. Moją jedyną radą jest wybranie sobie czegoś, co sprawi nam przyjemność, bo nawet jeśli nie jesteśmy dobrze osłuchani, to sama radość słuchania lub oglądania na przykład serialu pomoże nam, gdy będziemy mniej rozumieć i będzie to nas deprymować. Wtedy w serialu pomaga nam strona wizualna, bo widzimy, że albo bohaterowie siedzą w knajpie, albo się biją, albo cieszą. Dużo gorzej jest w przypadku radia, bo nie mamy czego się złapać, jeśli nie rozumiemy niczego przez dłuższą chwilę. Podsumowując, jeśli osiągnęliśmy poziom B2, po prostu słuchajmy tego, co nam się podoba, żeby zwiększyć prawdopodobieństwo, że będziemy słuchać dłużej.

DS: I na pewno nie należy się zniechęcać, jeśli mamy problem ze zrozumieniem na samym początku.

BC: To świetna uwaga.

DS: Wiele osób, z którymi rozmawiam, narzeka, że posłuchało rady o oglądaniu seriali po angielsku albo w innym języku, ale kiedy przez 10 minut nic nie rozumieją poddają się, bo za bardzo się męczą.

BC: Faktycznie warto podejść do słuchania ze szczególnym nastawieniem. Słuchanie jest dla większości osób najtrudniejszą do opanowania kompetencją językową. Po sobie wiem, że potrafię się uczyć szybko, bez problemu przyswajam słownictwo i gramatykę, ale słuchanie jest dla mnie wyzwaniem. Trzeba przejść przez wiele takich dołków, 10, 15, 20 razy, gdy słuchamy właśnie 10 albo 20 godzin i wiemy, że znamy tyle słów, że teoretycznie powinniśmy rozumieć przekaz, ale go nie rozumiemy, bo nie jesteśmy osłuchani. Sztuką jest przejść przez ten okres pierwszych 20 godzin, bo po nim powinien nastąpić przełom, 21. odcinek ogląda się dużo przyjemniej. Trzeba żywić się małymi sukcesami, bo później znowu słuchamy 20, 30, 50 godzin i myślimy, że to nie ma sensu. Nie czujemy różnicy w zrozumieniu. Aż praktycznie z dnia na dzień, to bardzo ciekawe zjawisko, zauważyłem je wielokrotnie u siebie i u osób, które uczę, coś się przełącza w głowie i rozumiemy bardzo dużo. Dlatego warto pamiętać, że nawet jeśli na daną chwilę nie wszystko rozumiesz, ani nawet po 15 godzinach nie rozumiesz tekstu tak, jak chciałeś, to oznacza tylko tyle, że mózg potrzebuje dużo czasu, by odseparować tak zwany strumień mowy. Jeśli aktorzy mówią szybko, mózg musi się przyzwyczaić i nauczyć ciąć zdania na pojedyncze słowa, a później składać w głowie w logiczne komunikaty. Trzeba pamiętać o hałasie, dialektach w serialu. Tak, nie zniechęcaj się – to najważniejsza rada na tym poziomie.

DS:  A słuchanie piosenek?

BC: Słuchanie piosenek jest dobre na każdym poziomie zaawansowania z tego prostego powodu, że mają w sobie duży ładunek emocjonalny. Tak jak oglądanie filmów, seriali, słuchanie piosenek i radia.

DS: Pamiętam, jak obejrzałem serial Alf. Najpierw w języku polskim, a potem po angielsku. Bardzo mnie to ośmieliło, bo wiedziałem o co chodzi, spodziewałem się o czym mówią, pamiętałem wersję polską i mogłem z łatwością zrozumieć konkretne słowa, które w innej sytuacji mogłyby sprawić mi większą trudność.

BC: To zdecydowanie jeden z fajniejszych tricków, nawet w przypadku czytania. Jeśli ktoś ma obawy przed czytaniem w języku obcym, warto sięgnąć po coś, co już czytaliśmy po polsku i co nam się oczywiście podobało. Wiem, że dużo osób robi tak z Harrym Potterem albo Władcą Pierścieni. Jest dużo treści, podobało nam się, więc nawet jeśli nie będziemy znali konkretnych słów, sens już rozumiemy.

DS: Podoba mi się to, że zwracasz uwagę na indywidualne podejście do nauki, że nie przykładasz konkretnego szablonu do wszystkich i nie mówisz, że koniecznie trzeba robić tak i tak. W odniesieniu do trzech elementów, które omówiliśmy, czyli fonetyka, leksyka i gramatyka, zauważyłem, że w momencie kiedy przygotowywałem się do szkolenia o tym, jak uczyć się języków obcych, zapytaliśmy poliglotów w naszej firmie, jak oni do tego podchodzą. No i nasz kolega Kostek od razu powiedział o gramatyce – dla niego to jest pierwsza rzecz od której trzeba zacząć, bo nie ma nic ważniejszego od przeczytania soczystego podręcznika z gramatyki.

BC: To jeden z, jak podejrzewam, niewielu entuzjastów gramatyki. (śmiech)

DS: Druga była Iza, która wskazała na słuchanie piosenek i wyjazd do kraju, by posłuchać naturalnej mowy. Według niej należy się również skupić na telewizji, serialach i radiu, a moim zdaniem ty zacząłbyś od słówek.

BC: Tak, mam swoją ustaloną kolejność. Oczywiście zwracam uwagę na osobiste preferencje, w takim sensie, że wiem, że nie ma sensu nikogo do niczego przymuszać, natomiast w przypadku szybkiej nauki istnieje konkretny wzór i kolejność, czyli gramatyka funkcjonalna i 3000 najczęściej używanych słów. Z jednej strony to dobrze, że każdy ma swoje podejście, jednak z drugiej strony bardzo łatwo je kwestionować. Słuchanie piosenek? Jeśli nie znam słownictwa ani gramatyki, ile mi to da?

DS: Właśnie ja zawsze byłem zazdrosny, kiedy ktoś mi opowiadał, że nauczył się angielskiego albo niemieckiego tylko i wyłącznie z piosenek. W zasadzie zazdrosny to mało powiedziane. Cieszę się, że dementujesz to, co stało się już swoistym mitem i mówisz wprost, że da się to zrobić idąc wyłącznie jedną drogą. Wnioski, do których wtedy doszliśmy z osobami uczącymi się wielu języków były takie, że można zacząć od czegokolwiek, jednak aby pójść dalej, musisz przebrnąć przez pozostałe dwa działy. To znaczy, że jeśli zaczynasz od słuchania, tak i siak będziesz musiał przebrnąć przez słówka i gramatykę, nigdy cię to nie ominie. Dobrze jest zacząć od tego, co przychodzi ci najłatwiej, ale trzeba pamiętać, że każda z tych części będzie cię prędzej czy później czekać.

BC: Jak najbardziej.

DS: Dobrze, czyli jeśli chciałbym to jakoś podsumować… Załóżmy, że chcemy się uczyć sami i mamy tylko 2,5 zł w portfelu. Zaczynamy od przesłuchania tego podcastu, w którym dowiemy się od ciebie w jaki sposób tworzyć gramatykę funkcjonalną, czyli jak poukładać sobie różne części mowy w zależności od tego, jak chcemy je zastosować. Tworzymy sobie grammar cheat sheet, czyli zapisujemy to, czego się nauczymy lub z czym mamy problem albo co stanowi dla nas wyzwanie – jak kto woli to nazwać. W międzyczasie ściągamy darmowe Anki i zaczynamy się zastanawiać nad najczęściej używanymi słowami – to również jest łatwo dostępne w internecie. Wyrzucamy słowa, które nie będą nam potrzebne lub po prostu się nam nie podobają, skupiamy się na tych przydatnych w naszym przypadku – trzeba mieć cały czas w głowie cel, dla którego uczymy się języka. Włączamy Grę o tron w języku, którego się uczymy, słuchamy piosenek, oglądamy telewizję, słuchamy radia. To wszystko jest darmowe. Powiedz mi teraz, w jaki sposób to wszystko skumulować. Każdy z nas jest w stanie wygospodarować pół godziny dziennie na naukę języka obcego. Jak to rozłożyć w skali tygodnia, żeby to było jak najbardziej optymalne?

BC: Tutaj dochodzimy do powodu, dla którego mam swoje podejście i mimo że rozumiem podejścia innych, to nie znajduję uzasadnienia w efektywności czy produktywności lub rezultatach, które dostarczają inne podejścia. Zakładamy, że naprawdę uczymy się nowego języka. Zaczynamy od gramatyki funkcjonalnej, ona jest podstawą, bo nie da się używać słownictwa, jeśli nie wiemy, jak je połączyć w zdania. Przerobienie gramatyki funkcjonalnej zajmuje około 2-3h, potem bierzemy listy częstotliwości i Anki, uczymy się słówek. Na tym etapie nie zabierałbym się w ogóle za słuchanie, chyba że wyraźnie należy to do czyichś osobistych preferencji. Jeśli ktoś naprawdę uwielbia dany język i jego brzmienie, może nawet uważa języki skandynawskie za melodyjne, i naprawdę chce słuchać piosenek dla własnej przyjemności, proszę bardzo. Można to robić godzinami, jednak nie traktowałbym tego jako nauki, dlatego że z wąskim zakresem słownictwa trudno jest cokolwiek wychwytywać z tekstu. Tylko do pewnego momentu możemy słuchać w celu osłuchania się z dźwiękami i melodyką wymowy, zwaną prozodią. Później musimy zacząć coś wychwytywać. Często słuchanie polega na tym, że ze strumienia słów wychwytujemy słowa takie jak: ja, ty, nie, ponieważ. Po każdym kolejnym przesłuchaniu wychwytujemy ich więcej. Natomiast jeśli nasze słownictwo liczy około stu słów, nie bardzo jest co wychwytywać. Nawet jeśli przesłuchamy sto godzin, nie nauczymy się niczego, dopóki nie opanujemy szerszej gamy słownictwa. Moja strategia polega na nauce 3000 słów, przy czym polecam rozpocząć słuchanie już po pierwszym tysiącu. Większości osób polecam słuchanie po opanowaniu 2000 słów. Przy czym jednak system nauki, który stosuję podczas używania Anki sprawia, że nie potrzebuję niczego innego poza tym programem aż do osiągnięcia poziomu 2000 słów, wtedy osłuchiwanie się ma sens. To jest najszybszy możliwy sposób. Jeśli odwrócimy kolejność i zaczniemy od słuchania, bez znajomości gramatyki ani słownictwa poprzestajemy na zwykłym słuchaniu, równie dobrze moglibyśmy słuchać chińskiego. Nie nauczymy się wiele bez podstawowej wiedzy, narzędzi logicznych, które pozwolą nam analizować słuchany tekst. Jeśli zaczniemy do samych słów, brakuje nam gramatyki. Z kolei jeśli zaczniemy od podstawowej gramatyki i bardzo szybko dorzucimy do niej słowa, i w oparciu o nie będziemy budować naszą zdolność posługiwania się językiem – ta droga będzie najszybsza. Warto teraz dodać ostatni element do tej gramatyki, słownictwa i jeszcze przed rozpoczęciem dużej dozy czytania: integracja gramatyki ze słownictwem. To nic innego jak rozmawianie.  Jeśli ktoś ma znajomego albo nauczyciela, z którym może gadać, to świetna integracja. Jeśli nie i dalej ma tylko te 2,5 w kieszeni, w samym Wrocławiu (ale też w każdym większym mieście) jest wiele spotkań osób, które widzą się w knajpce tylko po to, by porozmawiać w danym języku przez parę godzin. Można kupić sobie piwko, usiąść między dwoma osobami, w niektórych miejscach to jest uporządkowane, u nas w Sky Tower są spotkania, gdzie co pół godziny zmieniamy partnera. Idziemy w takie miejsce i zaczynamy integrować gramatykę i słownictwo, ponieważ naszym celem nie jest po prostu ich znajomość, lecz jak najszybsze wydobywanie jednego i drugiego. Odmiana słówek, płynne przechodzenie od jednego zdania do drugiego… Kiedy ta integracja wejdzie już na wyższy poziom, słuchanie zaczyna się robić dużo łatwiejsze. Rozumiemy zasady, bo sami potrafimy je zastosować. Jeśli wymówiliśmy dane słowo kilkakrotnie, istnieje dużo wyższe prawdopodobieństwo, że zrozumiemy je w tekście słuchanym.

DS: Chciałbym w takim razie pobawić się w obalanie kolejnych mitów. Wiemy już, że to nieprawda, że jeśli wylecisz do Anglii i położysz się na środku square’u, nie ulicy a square’u, to żadna magia nie sprawi, że angielski wejdzie ci samoistnie do głowy. Bardzo często spotykam się z opinią, że to jedyna możliwa droga do tego, by nauczyć się mówić płynną angielszczyzną. Teraz przechodzimy do mojego ulubionego stwierdzenia: do nauki języków obcych trzeba mieć talent. Domyślam się, że w związku z tym, że znasz o wiele więcej niż jeden język obcy, bardzo często spotykasz się z zarzutem w stylu „gdybym był tobą, to byłoby mi łatwiej uczyć się tych wszystkich języków”.

BC: (śmiech) Non stop, po prostu non stop. Nie przymierzając, za każdym razem kiedy coś takiego słyszę czuję się, jakby ktoś mi pluł w twarz. Te słowa to odebranie mi owoców mojej pracy. Spędziłem nad nauką ośmiu języków pewnie z paręnaście tysięcy godzin (zaznaczam – to bardzo mało), a jednocześnie ktoś podchodzi do mnie i mówi „ty nie cwaniakuj, bo ty masz talent”. Kiedy pytam, na czym polega mój talent, słyszę po prostu, że szybko uczę się języków. To prawda, że teraz błyskawicznie uczę się języków, ale zaczynałem od bardzo nieśmiałych prób. Zaczęło się typowo, od wieloletnich zajęć angielskiego w szkołach językowych, różnego rodzaju kursach. Potem postanowiłem nauczyć się niemieckiego. Miałem go w podstawówce, pamiętałem jak powiedzieć „dywan” i z tą wiedzą postanowiłem pójść do szkoły językowej. Der Teppich.

DS: To jak po śląsku.

BC: Dokładnie. Tam wytrwałem cztery lata i nawet zdałem próbny certyfikat na…

DS: Chwileczkę. Chcesz mi powiedzieć, że twój talent nie ujawnił się już w szkole?

BC: Ani trochę.

DS: Nie miałeś samych szóstek nie ucząc się w ogóle ani angielskiego, ani niemieckiego?

BC: Było mi do tego bardzo daleko. Po czterech latach nauki niemieckiego w szkole językowej nadszedł kryzys, wtedy zrozumiałem, że trzeba coś z tym zrobić. To było w momencie, kiedy nawet zdałem próbny certyfikat z niemieckiego na poziomie B2. Przecież to nie przelewki, każda osoba, która doszła do takiego poziomu, musi swoje wiedzieć. Natomiast nie wiem, czy tego samego dnia, czy dzień później, na rynku zaczepiła mnie para starszych Niemców, którzy szukali jakiejś dobrej restauracji. Co ciekawe, zacząłem się tak jąkać i denerwować, że ledwo wydobyłem z siebie kilka zdań, jak podejrzewam z błędami. O płynności, której można oczekiwać na tym poziomie nie było śladu. Kiedy się z nimi pożegnałem czułem rozczarowanie i wstyd, że przecież spędziłem cztery lata mojego życia na nauce tego języka i ledwo wyszedłem ze zwykłej, codziennej sytuacji rozmowy na ulicy. Ta wymiana nie trwała dłużej niż dwie minuty, a ja byłem zmęczony i zdenerwowany. Jeśli czujesz to zmęczenie, tę całą fatygę emocjonalną po dwóch minutach rozmowy to znaczy, że język nie jest jeszcze dobrze zaktywizowany, kosztuje cię dużo energii. Tak było w moim przypadku, a po czterech latach nauki ten język powinien być opanowany na tyle, że takie rozmowy nie powinny mnie w ogóle męczyć. I wtedy zaczęła się moja długa wędrówka, od książek o technikach pamięciowych. Pomyślałem, że to jest to. Dzięki technikom pamięciowym będę chłonął materiał. Takie eksperymenty ze stosowaniem różnych takich technik trwały u mnie lata. Zmieniałem języki, modyfikowałem systemy, zacząłem tworzyć własne, bo po czasie rozwiązania, o których czytałem, przestały mi wystarczać. W pewnym momencie w ogóle to zarzuciłem, bo kiedy zacząłem czytać wyniki badań dotyczących pamięci doszedłem do wniosku, że to nie jest odpowiednie narzędzie do nauki. Już wtedy używałem różnych programów takich jak Anki, o którym wcześniej wspominaliśmy. Umożliwiają one naukę interwałową, zoptymalizowaną czasowo. Nawet to nie przynosiło takich efektów, jakich się spodziewałem. Owszem, rezultaty pojawiały się szybciej, niż kiedykolwiek wcześniej, jednak wciąż obsesyjnie szukałem lepszych rozwiązań.

DS: To jeszcze nie było to.

BC: Było nieźle, ale chciałem pójść dalej. To w tamtym momencie najbardziej pogłębiłem swoją wiedzę o pamięci, ponieważ stawiałem sobie różnego rodzaju hipotezy, po czym testowałem je przez kolejne dwa, trzy miesiące. Na podstawie wyników setek badań naukowych opracowywałem nową metodę i testowałem ją przeciwko najlepszej ostatnio stosowanej metodzie. Wygrywał najlepszy. Co jakiś czas mogłem korzystać z najlepszej metody na dany moment, na przykład po pół roku mogłem sobie powiedzieć: „ok, lepiej nie będzie”. Ale później przychodziły kolejne badania, czytanie o nich miesiącami, nawet ich zapamiętywanie. To ciekawe, że zapamiętywałem różne wyniki, definicje, słowa, które osobno nie miały większego sensu, jednak kiedy zbierałem ich większą ilość, wtedy budowały spójną całość. I wtedy nagle wiedziałem, dlaczego coś nie mogło działać. Sprawdzanie metody po metodzie trwało dosyć długo, nie faworyzowałem żadnej z metod, tylko testowałem na chłodno jedną po drugiej. Kiedy po wielu miesiącach opracowywałem świetną metodę, i tak drążyłem przynajmniej temat jej zoptymalizowania, by ją urozmaicić lub korzystać z niej lepiej i szybciej. Tak naprawdę ta długa ścieżka trwa do tej pory. Od dłuższego czasu nie wymyśliłem niczego nowego, ale wydaje mi się, że to dlatego, że istnieje pewien próg dodawania nowych systemów – skoro jest naprawdę dobrze, nadal możemy się posuwać do przodu, ale o 0,1%. Natomiast wędrówka trwa nadal.

DS: Stosujesz te same systemy u swoich uczniów?

BC: Tak, można powiedzieć, ze typowy porządek nauki wygląda następująco: najpierw 3h teorii nauki języka, co działa, co nie działa. Pierwszy duży system zapamiętywania.

DS: A czy odnośnie do tych teorii nauki jest coś, o czym nie wspomniałeś? Wiem, że skondensowanie trzech godzin to wyzwanie, ale gdybyś miał wymienić kilka punktów, bez rozwodzenia się nad nimi.

BC: Jest mnóstwo rzeczy. Typową kwestią jest brak kontekstu. Kiedy bierzemy sobie pojedyncze słówka, na przykład „jabłko – apple”. Na początek każdej osobie to wystarczy, szczególnie, jeśli nie miała wcześniej styczności z takimi programami. Natomiast jeśli ktoś jest już zaznajomiony z takim sposobem nauki, jest pole do manewru i lepszej nauki. Dodanie kontekstu to pierwsza rzecz. Generalnie cała nasza nauka odbywa się kontekstowo, tak samo przypominanie. Mózg nie jest głupi, przypomina nam o różnych rzeczach wyłącznie w sytuacjach, kiedy powinniśmy o nich pamiętać. Nikt nie bierze prysznica myśląc o tym, jak prowadzi samochód albo przypominając sobie jak to robić, ponieważ to są bardzo odległe konteksty zupełnie od siebie oderwane. Aktywizacja wiedzy jest kontekstowa. Co się dzieje, kiedy nie mamy kontekstu? To zjawisko nazywa się „passive rehearsal”. Można to przetłumaczyć jako bierne odtwarzanie informacji. Samo odtwarzanie informacji jest ważne, jednak robimy to w sposób bierny – to znaczy bez pomyślunku, bez analizy. Najbliższą analogią jest zapamiętywanie numeru telefonu. Każda osoba, która próbowała zapamiętać numer telefonu jednocześnie przez niego rozmawiając, wie, o czym mówię. Zaczynamy powoli powtarzać numery, a kiedy dochodzimy do połowy, powtarzamy szybciej całość, żeby nie zapomnieć początku. Chyba wszyscy wiemy, jak skuteczne są próby zapamiętywania tego typu informacji. Nikt ich później nie pamięta. Chodzi tylko o szybkie zapisanie sekwencji cyfr i pamięć się odblokowuje, możemy już normalnie funkcjonować. Bez kontekstu trudno jest zaktywizować dane słownictwo, kiedy go faktycznie potrzebujemy. Jeśli zapamiętamy tylko „czarny kot”, a później będziemy chcieli stworzyć po angielsku zdanie „czarny kot jest symbolem pecha” jest dużo większa szansa, że kot nam się przypomni właśnie w tej kolokacji, a nie jeśli mamy go zapamiętanego po prostu jako „cat”. W teorii mamy wtedy pełne pole do popisu, bo nie jesteśmy ograniczeni żadnym kontekstem, to jednak bardzo złudne, bo te słowa się w ogóle nie przypominają. Innym przykładem, który może pomóc lepiej to zrozumieć jest staruszka-bandzior. Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek zostałby obrabowany przez 80-letnią staruszkę w dresie Adidasa, która wyciąga nóż i mówi „wyciągaj portfel i komórkę”, to kiedy ta osoba zobaczy inną staruszkę w białym dresie Adidasa, jak zareaguje? Najprawdopodobniej strachem, odruchowo sięgamy po telefon i komórkę. Tak na wszelki wypadek, nawet jeśli to zupełnie inna osoba, może w innym mieście. Oczywiście tutaj w grę wchodzą również emocje, strach i tak dalej, ale mózg już sobie zakodował, że to i to (staruszka i dres) daje nam coś innego (w tym przypadku poczucie strachu). Później nie potrzebujemy wszystkich elementów (staruszka, dres, nóż), by wywołać strach: może wystarczyć sama staruszka. Dlatego polecam dodawać kontekst, naprawdę warto. Zawsze lepiej jest zakodować sobie nowe słowo w konkretnym zdaniu.

DS: A jak uczyć się języków, będąc miękką bułą?

BC: Miękkie buły potrzebują na pewno dwóch elementów. Pierwszy to nawyki. Pomagają one w utrzymaniu systematyczności w nauce. Często mamy problemy ze zrobieniem czegokolwiek, bo walczymy z własnym mózgiem i niechęcią do wydatkowania naszej energii. Mózg ma swoje zapasy glukozy i broni ich jak pies swojej budy. Dlatego jeśli przyjdzie do ciebie myśl, że może zaczniesz jeździć na snowboardzie, chodzić na siłownię albo właśnie uczyć się nowego języka, to mózg wie, że to dla nas coś zupełnie nowego i że nie mamy żadnej sieci neuronalnej odpowiedzialnej za kodowanie tej czynności. Tym samym będzie nas to kosztować dużo energii. Zawsze powtarzam, że nawyk to nic innego jak duża i ustabilizowana sieć neuronalna, w której neurony są dosyć dobrze osłonięte tak zwaną osłonką mielinową, która jest jak izolacja na kablu. Im ta osłonka jest grubsza, tym szybciej przepływa przez nią impuls. Jeśli dzieje się to szybko, energia przepływająca od jednej synapsy do drugiej się nie rozprasza. Innymi słowy, wtedy ta czynność jest efektywna – potrzebujemy mało energii, żeby ją wykonać. Osłonka powiększa się gdy powtarzamy daną czynność, czyli im więcej razy coś wykonaliśmy, tym większa szansa, że następnym razem będzie nas to kosztować mniej energii. Są badania, gdzie przeprowadzono pomiary przepływu energii elektrycznej przy wykonywaniu określonych czynności i faktycznie jest to wyraźnie widoczne. Kiedy mówisz do siebie „ok, od jutra trzy razy w tygodniu chodzę na siłownię” w głowie pojawia się opór, zaczynasz w to wątpić albo racjonalizować. W ten sposób mózg podświadomie stara się cię przekonać, żebyś dał sobie spokój. Jeśli chcesz to pokonać, trzeba zminimalizować energię aktywacyjną potrzebną, żeby wykonać daną czynność, czyli poniekąd oszukać mózg. Czyli jeśli na słowa „trzy razy w tygodniu siłownia” od razu czujemy wewnętrzny opór zamiast ekscytacji, istnieje bardzo mała szansa, że w tym wytrwamy.

DS: Jak ja znajdę na to czas, przecież jeszcze trzeba dojechać, nie znam ludzi.

BC: A do tego i tak wyglądasz fantastycznie.

DS: A dziękuję (śmiech).

BC: Taka racjonalizacja nigdy nie ma sensu. Sami w to nie wierzymy, ale skoro pomaga nam to łagodzić dysonans poznawczy między tym, że jesteśmy obrzydliwie leniwi, gardzimy sobą – nikt nie chce tego usłyszeć, zwłaszcza od siebie. Wtedy jesteśmy skłonni się zgodzić, że faktycznie nie mamy czasu, ale może za tydzień albo miesiąc znowu spróbujemy. Żeby zminimalizować ten wysiłek aktywacyjny, trzeb wyczuć granicę, częstotliwość wykonywania czynności, poniżej której mózg nie rodzi tego oporu. Jeśli na myśl o trzech razach w tygodniu na siłowni czujemy zniechęcenie, na pewno się ono zmniejszy, kiedy pomyślimy o dwóch razach, albo nawet jednej wizycie na siłowni. Tak samo ze słówkami – od razu nic nam się nie chce, gdy myślimy: „siedem razy w tygodniu po godzinie”. Musimy zejść poniżej poziomu, gdy nasz mózg stawia opór.

DS: Czyli mamy iść od góry? W momencie, kiedy czujemy opór, trochę obniżamy granicę, sprawdzamy, aż do momentu, gdy...

BC: Gdy opór jest minimalny albo nawet go nie ma. Wydaje się to absurdalne, jak sama myśl może wywołać opór mózgu? Ale faktycznie tak jest, wyobraźcie sobie wykonywanie dowolnej nowej czynności z bardzo dużą częstotliwością albo intensywnością. Bardzo często będzie tak, że  po prostu się wam odechce. Ale można też sobie wyobrazić, że przy dwóch albo jednej wizycie na siłowni tego oporu nie będzie, nie wiadomo, każdy z nas jest inny. Jednak ten opór może wciąż być. Ja na przykład siłowni nie lubię, nie wiem, czy się kiedykolwiek do niej przekonam, bo sama myśl o niej wywołuje we mnie zniechęcenie. Lubię efektywnie wykorzystywać czas, nawet jeśli siłownia znajduje się 15-20 minut od domu, to 20 minut iść na siłownię, potem patrzeć na mężczyzn całujących swoje bicepsy… Tak, naprawdę to widziałem i do tej pory mam traumę (cmoka). Tego się nie zapomina.

DS: A co jeśli one rzeczywiście dzięki temu lepiej rosną?

BC: Nie kwestionuję tego, całowanie na pewno jest pewną formą pielęgnacji. (śmiech)

DS: (śmiech)

BC: To chyba najgorsze możliwe hasło reklamowe. Tak czy inaczej, droga w dwie strony to czterdzieści minut, które może mógłbym jakoś efektywnie wykorzystać, może czegoś posłuchać. Jednak pytanie brzmi, czy nie mogę tego czasu poświęcić na trening w domu z wykorzystaniem hantli albo ciężaru własnego ciała. Odpowiedź oczywiście jest twierdząca. Zwróćcie uwagę, ile energii aktywacyjnej potrzebujemy do ćwiczeń w domu, na przykład do robienia pompek. Praktycznie wcale jej, jedyny wymóg to podłoga, o którą nietrudno, o ile jesteśmy trzeźwi. Tym samym często wystarczy sama intencja – 10 pompek dziennie. To za dużo? W porządku, zacznijmy od dwóch. Po kilku dniach okaże się, że opór znika. Po dwóch tygodniach od rozpoczęcia wypracowywania nawyku codziennego robienia dwóch pompek zobaczymy, że potrzebujemy takiej samej energii aktywacyjnej do zrobienia pięciu pompek, nie dwóch. Sygnały, impulsy elektryczne przepływają coraz bardziej wartko. To samo dzieje się w przypadku słówek: po dwóch tygodniach będziemy wkładali tyle samo energii w naukę dziesięciu z nich dziennie, a nie pięciu, jak na początku. Po dwóch miesiącach możemy przejść do dwudziestu słówek dziennie. Im dłużej coś robimy, tym mniej nas to kosztuje, a jeśli wypracowaliśmy sobie nawyk, dochodzą do tego wyrzuty dopaminy. Na poziomie hormonalnym wykonywanie tej czynności zaczyna nam sprawiać radość. Niezależnie od tego, czy ćwiczymy, czy uczymy się słówek, w końcu zauważamy tego efekty i czujemy się lepiej. Problemem jest samo rozpoczęcie czynności, dlatego warto zacząć od minimalizowania energii aktywacyjnej.

DS: A później coraz bardziej intensyfikujemy nasz wysiłek.

BC: To na pewno pierwszy sposób, jeśli jest się miękką bułą.

DS: A drugi?

BC: Jest trochę bardziej agresywny, ale na pewno jest wyjątkowo skuteczny. Wiem jednak, że u wielu osób wywołuje opór. Metoda to zakłady, przeczytałem o niej kilka lat temu na jakimś anglojęzycznym blogu i stosuję ją do dziś. Opiera się na założeniu, że jeśli nic nie leży na szali, o nic nie walczymy wykonując daną czynność, to nie mamy do niej motywacji i rezygnujemy, gdy tylko pojawia się pierwszy większy dyskomfort. Jeśli nie ma żadnego dodatkowego bodźca, nikt na nas nie krzyknie, to tak naprawdę nie ma po co tego robić. Może jeszcze zanim wytłumaczę na czym polega metoda wyjaśnię, że badania pokazują, że motywacja pozytywna nie jest specjalnie skuteczna. Dlatego oczywiście, że może klepać kogoś po ramieniu i powtarzać, jak świetnie mu idzie, albo dać dziesięć złotych za piątkę, jednak to nie przynosi efektów z tego prostego względu, że gdy tylko brakuje tego klepnięcia w ramię, dychy za dobrą ocenę albo pochwały, tracimy motywację. Motywacja negatywna jest bardziej skuteczna, ale na dłuższą metę też może być krzywdząca. Między innymi napędza nas czerpanie przyjemności i unikanie bólu. Zawsze wolimy uniknąć bólu i cierpienia niż dostać coś pozytywnego. Groźba „naucz się dziesięciu słówek, bo inaczej złamię ci nogę” zadziała lepiej u wielu osób niż zachęta „jak nauczysz się dziesięciu słówek, to dam ci batonika”. Batonik jest fajny, jednak perspektywa straty jest dotkliwsza. Kiedyś natrafiłem na ciekawe porównanie, które bardzo do mnie przemówiło: jeśli pozytywne bodźce tak dobrze by na nas działały, każdy z nas byłby milionerem z sześciopakiem. Przecież wiemy, że regularne ćwiczenia, dają świetny wygląd. Jeżeli będziemy się uczyć, podejmować ryzyko, zaczniemy lepiej zarabiać. Koniec końców w obu przypadkach wiemy, że nasz wysiłek praktycznie zawsze zostanie na dłuższą metę wynagrodzony. Ale ile osób faktycznie tak robi? Problem polega na tym, że nagroda jest tak odległa czasowo, że nie pojmujemy jej jako czegoś rzeczywistego. Zjedzenie paczki chipsów na kanapie za 10 minut jest rzeczywiste, a nie to, że po paru miesiącach intensywnej nauki będę w stanie przeprowadzić rozmowę w języku obcym. W jakimś sensie potrafimy to przyjąć jako rzeczywistość, ale paczka chipsów, sofa, odcinek serialu – to jest bliżej. Oczywiście żadna z tych motywacji nie jest idealna, bo przy negatywnej motywacji nikt nie lubi być krzywdzony na dłuższą metę, ale świetnym rozwiązaniem jest motywacją, którą nazywam pozytywno-negatywną, nie sądzę, aby ktoś to opracował naukowo. Jest ona widoczna, kiedy motywujemy się przy okazji zakładów działających w prosty sposób. Na początek potrzebujemy celu, na potrzeby tej rozmowy niech będzie to nauka 10 słówek dziennie. Kiedy o tym myślisz, czujesz pewien opór w głowie, bo nigdy wcześniej tego nie robiłeś. Przy zakładach cel nie powinien być zbyt niski, to powinno być coś, w co musisz włożyć nieco wysiłku, ale jednocześnie nie sprawi, że na koniec dnia będziesz płakać krwią ze zmęczenia. Po drugie, potrzebujemy osoby, z którą się założymy – musi móc nas zdyscyplinować i sprawdzić, czy wykonaliśmy czynność, która jest przedmiotem zakładu.

DS: I nie poklepie po ramieniu mówiąc, że skoro próbowałeś, to to też się liczy i nie musisz spłacać tego zakładu.

BC: Wydaje mi się, że partnerzy fatalnie się sprawdzają w tym przypadku. Załóżmy, że przegrałeś zakład z żoną, i słyszysz, że wisisz jej trzy dychy.

DS: (śmiech)

BC: Najprawdopodobniej poklepie cię i powie, że jest dumna, że się starałeś. A nie o takiego człowieka nam chodzi. Mamy usłyszeć: „płacisz za mój obiad, frajerze”. Chcemy, by ta osoba działała tak, że będziemy dążyć do tego, by nie dać jej tej satysfakcji. Następnym punktem jest kara. Musimy postawić coś na szali. Mamy do wyboru kilka rodzajów bodźców: na pewno pieniądze. One się świetnie sprawdzają. Znam idealistów, którzy mówią mi, że pieniądze ich nie motywują, a ja zawsze im odpowiadam, że motywuje ich dopiero odpowiednia kwota. Jeśli ktoś zarabia 4-6 tysięcy złotych miesięcznie, zakład o 5zł to nie jest zakład. Ból towarzyszący przegranemu zakładowi jest żaden, dlatego cię to nie motywuje. Załóż się wtedy o trzysta złotych. 

DS: Musimy ustalić granicę na tej samej zasadzie, jak w przypadku obliczania energii aktywacyjnej.

BC: Fantastyczna uwaga. Tutaj trzeba znaleźć swoją granicę bólu w takim sensie, że stawka musi nas zaboleć, ale nie zrujnować. Pieniądze tutaj się o tyle dobrze sprawdzają, że olbrzymia liczba osób chętne się o nie z tobą założy. Każdy chętnie przyjmie dowolną kwotę za sprawdzenie, czy coś zrobiłeś. Ale możemy znaleźć inny sposób, na przykład zrobienie czegoś żenującego lub czegoś, czego nie lubimy. Osobiście nienawidzę gotowania, więc zrobienie obiadu to dobry pomysł na zakład. Potrafię zrobić tylko najbardziej podstawowe dania, więc ugotowanie czegoś mogłoby mnie zaboleć na wielu poziomach bardziej, niż strata 200-300 złotych. Tim Ferris, jeden z lepszych autorów mówiących o produktywności ma pomysły na zrobienie czegoś żenującego. Przez większość życia uprawiał sporty siłowe, wygląda jak góra. W pewnym momencie uznał, że chętnie wybrałby się na jogę, żeby się rozwinąć, porozciągać, zrobić coś nowego i poszerzyć horyzonty. Zajęcia trwały przez kilka miesięcy po trzy razy w tygodniu, dłuższy czas nie mógł się przemóc, aż w końcu uznał, że sam się do tego nie zmusi. Założył się więc ze swoim dobrym kolegą, o nie o to że (to jest swoją drogą świetny sposób wykorzystania minimum energii aktywacyjnej) trzy razy w tygodniu będzie uczestniczył w zajęciach jogi, tylko że trzy razy w tygodniu wyśle mu zdjęcie siebie z sali. Nic więcej nie musiał robić, jeśli poczuje się źle albo będzie zmęczony – może śmiało wyjść. Oczywiście nikt faktycznie tego nie zrobi, jeśli już dojedzie przez całe miasto na siłownię, ale to dobry sposób na oszukanie mózgu: nie jadę ćwiczyć, jadę tylko przejść przez próg, a to przecież nic takiego. Facet jest zamożny i znany, więc pewnie bardziej od kary pieniężnej bolałby go uszczerbek reputacji. Ma miliony subskrybentów na różnych platformach i sieciach społecznościowych, więc postanowił zrobić sobie zdjęcie nago w samym tutu baletowym i przesłać je koledze od zakładu. Poprosił go, aby wrzucił to zdjęcie na Twittera, jeśli choć raz nie prześle mu zdjęcia z sali do jogi. Widać, jak starannie dobrał sobie tę karę: każdego zabolałaby strata 10 tysięcy dolarów, ale w porównaniu do upokorzenia…

DS: Chodzi o pracę, którą musiałby włożyć w odzyskanie reputacji, chociaż pewnie nigdy by mu się to tak naprawdę nie udało.

BC: Dokładnie, twarz eksperta, specjalisty, tyle lat pracował na same pozytywne przymiotniki przy swoim nazwisku, a teraz gdyby je wpisał w wyszukiwarkę…. Nieważne, co by zrobił, i tak zawsze to zdjęcie wyskakiwałoby jako pierwsze. Pindol na wierzchu i różowe tutu baletowe. Zakład z taką stawką świetnie przecina się przez wszelkie wymówki. Zawsze możemy sobie powiedzieć, że jesteśmy zbyt zmęczeni na naukę, mózg ma pełen wachlarz mechanizmów na te okazje, ale jednak to blednie na myśl o tym, że mogę stracić zegarek, komórkę albo sto złotych jeśli nie nauczę się dziesięciu słówek. Nasze działania dyktowane są logiką, więc po przekalkulowaniu, ile naprawdę kosztuje nas zrobienie 10 pompek albo nauczenie się 10 słówek, nagle okazuje się, że uniknięcie tego nie jest warte odbywania kary. Oczywiście, możemy wchodzić w skomplikowane i wyniosłe zakłady, jednak nie ma takiej potrzeby. Zazwyczaj życie już nas wynagradza, jeśli jesteśmy konsekwentni. Nawet jeśli ktoś nie ma super dopracowanej metody nauki języka, po kilku latach zobaczy wyniki codziennej pracy w postaci komunikatywnej znajomości np. angielskiego. Nie trzeba przerzucać tony żelastwa na siłowni, żeby dobrze wyglądać: wystarczy chodzić tam regularnie przez dwa lata i na pewno będziesz wyglądać świetnie. Nawet najprostszy zakład przecina się przez fałszywą racjonalizację jak przez masło.

DS: Czyli chcemy się uczyć dziesięciu słówek, zakładamy się z kimś bezlitosnym, jeżeli nie znacie nikogo takiego Bartek lub ja chętnie wam pomożemy… (śmiech)

BC: (śmiech) Dokładnie, piszcie do nas śmiało.

DS: Zakładamy się o coś, czego strata będzie dla nas niekorzystna lub bolesna, na przykład kwota wyższa niż dziesięć złotych, uszczerbek na naszym wspaniałym wizerunku…

BC: Albo dobrobycie psychicznym.

DS: Albo dobrobycie psychicznym, z którym jesteśmy emocjonalnie związani i jasno określamy, o co się zakładamy, żeby mieć to jak najbardziej sformalizowane.

BC: Dochodzą do tego jeszcze dwa elementy. Potrzebujemy jeszcze horyzontu czasowego zakładu, musimy wiedzieć, czy coś ma być zrealizowane w ciągu jednego dnia, tygodnia, czy miesiąca. Moim zdaniem powinien on wynosić jeden dzień, żeby zdezaktywować ten mechanizm obronny mózgu, którym jest zwyczajne lenistwo. Jeśli się założymy, że zrobimy coś w ciągu miesiąca, długo będziemy sobie powtarzać, że mamy jeszcze dużo czasu. Musimy sprawić, aby kara była możliwie najbliższa, czyli na koniec dnia. Jeśli mamy do zrealizowania większy projekt, warto go rozbić na mniejsze części, tak aby móc założyć się o każdą część osobno.

Ostatnią kwestią jest możliwość sprawdzenia wywiązania się z zakładu. Nasz partner musi mieć możliwość nas sprawdzić, dlatego musimy ustalić, w jaki sposób przedstawimy dowody wykonania zadania. Tutaj nasza relacja z drugą osobą nie powinna wpływać na tę weryfikację – nawet jeśli zakładamy się z bratem, tatą czy przyjacielem, żaden z nich nie powinien wierzyć nam na gębę. Dlatego jeśli przedmiotem zakładu są pompki, najlepszym sposobem jest nagranie telefonem, jak ćwiczysz. Jeżeli z kolei postanowiłeś zacząć biegać, można przekazać dane z Endomondo pokazujące, że przebyłeś daną trasę. W przypadku słówek można przesłać zrzut ekranu, że słownictwo zostało przerobione, albo zrzut z bazy danych, gdzie widać liczbę fiszek itd. Jeśli naszym celem jest przesłuchanie godziny audycji, dowodem może być krótkie streszczenie, o czym była. O ile w każdym przypadku można znaleźć jakąś furtkę, większość osób się nie decyduje na oszustwo z tego prostego względu, że często bywa ono bardziej angażujące niż po prostu wywiązanie się z zakładu. Absurdem byłoby pokonanie trasy na rowerze zamiast jej przebiegnięcia – skoro i tak wychodzisz z domu, równie dobrze możesz pobiec. To jest właśnie ostatni krok – trzeba jasno określić,  w jaki sposób i w jakiej formie dostarczamy dowody wywiązania się z zakładu. Najprościej jest przesłać plik ma maila lub telefon, na przykład do północy danego dnia. Jeśli przegrasz i dobrze dobrałeś sobie partnera, zaśmieje ci się w twarz i przehula twoje pieniądze.

DS: Pamiętam, że kiedyś założyłem się z tobą o zrobienie prezentacji o wystąpieniach publicznych, ale nie pamiętam, co było przedmiotem zakładu.

BC: To było coś dużego.

DS: Chyba laptop. Pamiętam, że myślałem, że nie będę miał na czym pracować, przez co nie będę miał jak go odrobić i dlatego dzień w dzień wracając do domu, nawet kiedy byłem zmęczony i najchętniej poszukałbym wymówek, wyobrażałem sobie ciebie z moim laptopem i od razu miałem motywację, żeby popracować chociaż dziesięć minut. O dziwo postanowienie poświęcania na to przynajmniej dziesięciu minut dziennie naprawdę się sprawdziło. Masz jakieś inne ciekawe przykłady osób, które się z tobą o coś założyły?

BC: Najpierw chciałem przytoczyć przykład zastosowania wszystkich rodzajów kar. Nie pamiętam, jak ten facet się nazywał, w każdym razie był autorem bestsellerów i w 1984 albo 1987 opisał dietę,  która polegała na codziennych zakładach. Gość nie był gołosłowny, a że miał naprawdę sporą nadwagę, około 30-40 kg, założył się z dobrym znajomym, że zgubi to w przeciągu bodajże trzech miesięcy. Utrata takiej masy w tak krótkim czasie wymaga bardzo dużego wysiłku fizycznego, surowej diety i samozaparcia. Na szali postawił wtedy 10 tysięcy dolarów. Pamiętajmy, że mówimy o latach 80., kiedy to była kupa pieniędzy. Ale to nie było wszystko, bo podejrzewam, że było go stać na taką przegraną. Włączył też dwa dodatkowe elementy: wykonywanie nielubianej czynności i upokorzenie. Był to praktykujący żyd aktywnej diaspory żydowskiej w Nowym Jorku, więc poprosił przyjaciela, by w razie przegranej przelał w jego imieniu część lub całość kwoty na konto Amerykańskiej Partii Nazistowskiej. Nie dość, że bardzo nie chciał wspierać tej organizacji, partia ta publikowała na swojej stronie listę największych darczyńców, co daje element upokorzenia.

DS: (śmiech) Idealnie.

BC: Nie muszę dodawać, że przy takiej kwocie facet znalazłby się na szczycie listy i dla swojej diaspory przestałby istnieć. Z tego co pamiętam, schudł ponad 30 kg tak, że został z niego ogryzek. Ale dało się? Dało.

DS: Dlatego zachęcamy, przyjmujemy różnego rodzaju zakłady. Może teraz z innej beczki: powiesz nam, jak przygotować się do rozmowy kwalifikacyjnej w innym języku?

BC: Sprytnie. Trzeba porzucić przekonanie, że zostaniesz oceniony dokładnie na poziomie twoich umiejętności  i to tyle w temacie. Myślenie, że skoro znamy język na poziomie B2 i nie podciągniemy się na wyższy poziom w ciągu tygodnia to pułapka. Okazuje się, że (chociaż oczywiście istnieją małe szanse na poprawienie faktycznej znajomości języka w tak krótkim czasie) możemy podejść do tych przygotowań ze sprytem. Możemy zacząć od zastosowania zasady Pareta, ale w odniesieniu do pytań, które mogą nam zostać zadane. Nawet jeżeli istnieje nieograniczona liczba pytań, które mogą nam zadać rekruterzy, koniec końców nie słyszymy ich więcej niż paręnaście, a ich tematyka w pewnym stopniu jest do przewidzenia. Jakie są twoje mocne strony?

DS: Jakie są twoje wady? Dlaczego chcesz tutaj pracować?

BC: Dlaczego rezygnujesz z poprzedniej pracy?

DS: Co motywuje cię do pracy?

BC: Opisz swój typowy dzień w pracy.

DS: Wolisz pracować sam, czy w grupie?

BC: I tak dalej. To jest ciekawy przykład tej zasady, bo w teorii można zadawać najróżniejsze pytania, jednak prawie zawsze usłyszymy większość z nich. Oczywiście ma to sens, bo określa to najważniejsze cechy profilu kandydata. Z kolei nam pomaga to w przygotowaniu się do rozmowy poprzez opracowanie swojego rodzaju szablonów odpowiedzi na tego typu pytania. Jeśli łapiesz się na tym, że próbując odpowiedzieć na jedno z nich brakuje ci słów – wypisz je sobie razem z przydatnymi zwrotami. Na pewno opanowanie parudziesięciu z nich w ciągu tygodnia nie jest wyzwaniem zwłaszcza, że słyszalnie podniesie to poziom twojej kompetencji językowej, nierzadko nawet o cały poziom.

Moją drugą radą jest próba wytrącenia osób rekrutujących z pozycji władzy i pewności siebie. Wiadomo, że taka pewność siebie jest uzasadniona – jeśli kogoś rekrutujesz to od ciebie zależy, czy dana osoba znajdzie zatrudnienie – jesteś dla niej furtką do nowego stanowiska. Zazwyczaj osoby przeprowadzające takie rozmowy rekrutacyjne znają język na wysokim poziomie: skończyły filologię lub są lektorami. Dlatego też wytrącenie z równowagi takiej osobie lub jej zaimponowanie może wydać się bardzo trudne, chociaż jest na to sposób. Polecam przygotowane sobie zawczasu kilku skomplikowanych gramatycznie fraz lub wyrażeń: trzeba znaleźć sobie jakiś ciekawy czas, albo wyszukaną formę i spróbować zastosować ją w naturalny sposób w rozmowie. Takie elementy nie są używane często, jednak sam fakt, że pojawią się na rozmowie rekrutacyjnej, dla mnie jako rekrutera jest to sygnał, że mam do czynienia z osobą, która wie, co robi, nawet jeśli nauczyła się tego tylko po to, żeby mi zaimponować. Z drugiej strony podobnie mogą sprawdzić się ciekawe słówka albo zwroty: coś, co wiesz, że nie należy do dziesięciu tysięcy najczęściej używanych słów. Możliwe, że po polsku odnieślibyśmy wrażenie, że ktoś się wymądrza, bo wtedy najbardziej zależy nam na jasności wypowiedzi. Jednak naszym celem podczas rekrutacji jest pokazanie kompetencji, a popisywanie się z pewnością temu służy.

DS: I nawet jeśli w innej wypowiedzi podwinie się nam noga, efekt aureoli zadziała na naszą korzyść i błędy zostaną nam wybaczone.

BC: Ostatnią rzeczą, może najmniej ważną, jest próba sterowania rozmową w kwestii aktywności stron. Mamy osobę rekrutującą i rekrutowaną. Jeśli wiesz, że twoją silną stroną jest mówienie, ale nie jesteś dobrze osłuchany, twoim zadaniem jest rozciąganie własnych wypowiedzi w czasie. Skoro wiesz, że dobrze mówisz, nie w twoim interesie jest kończenie odpowiedzi gdy tylko udzielisz poprawnej odpowiedzi. Jakie są twoje silne strony? Jestem punktualny i pracowity. Nie możesz tak odpowiadać, ciągnij to. Świetnym przykładem tego jest, bla bla bla. Jeśli przedłużysz każdą swoją odpowiedź w ten sposób, zminimalizujesz czas interakcji z osobą, której możesz potencjalnie nie zrozumieć, bo przecież każda rozmowa musi być ograniczona czasowo. To działa w drugą stronę: jeśli jesteś lepiej osłuchany, staraj się jak najczęściej odbijać piłeczkę w stronę osoby rekrutującej. Na pytanie o mocne strony możemy odpowiedzieć: jestem punktualny i pracowity, po czym zadać jedno z przygotowanych wcześniej pytań. Każdy lubi być słuchany i możemy zagrać w ten sposób naszą umiejętnością rozumienia.

DS: A propos wytrącania rekrutującego z tej, że tak powiem, pozycji siły, dodam coś od siebie. Ja bardzo lubię, kiedy podczas rozmowy przechodzimy z języka polskiego na angielski i osoba rekrutowana mówi „Ok, co we can start now”. Dla mnie to wielki plus – sygnał, że ta osoba się nie boi, nawet jeśli widać po niej delikatne objawy stresu. Dlatego nie warto czekać, aż osoba rekrutująca zacznie mówić po angielsku, tylko przejąć inicjatywę i samemu zacząć. 

BC: Zdecydowanie to wyraźny sygnał pewności siebie, albo pozornej kompetencji, jeśli faktycznie jej nie mamy.

DS: Kolejną kwestią jest wejść w dany język obcy trochę wcześniej przed rozmową, na przykład poprzez mówienie do siebie w tym języku, posłuchać albo coś przeczytać.

BC: Sprawdzi się nawet piosenka w tramwaju czy w aucie.

DS: To ważne, żeby się przestawić i nie być zaskoczonym w danym momencie.

BC: Tak, dzięki temu możemy się przygotować, zwłaszcza, jeśli nie mamy doświadczenia w gwałtownym przełączaniu się z jednego języka na drugi. To specyficzna umiejętność. Faktycznie warto jest wdrożyć się w język przed rozmową.

DS: A co czytelnik mógłby zacząć robić już dzisiaj, żeby bardziej efektywnie uczyć się języków obcych?

BC: Cokolwiek innego od tego, co robił dotychczas, a o czym mówiliśmy. Powiedziałbym, że  stosunkowo łatwym a jednocześnie krytycznym elementem jeśli chodzi o wytrwanie w nauce języka byłaby integracja nauki języka z życiem. To bardzo ciekawa kwestia i wydaje mi się, że wiele osób traktuje naukę jako przedmiot. Może wynieśliśmy to ze szkoły, gdzie język to było coś, z czego cię testują, jak dostaniesz piątkę to ktoś cię poklepie po ramieniu albo i nie. A tak naprawdę język jest narzędziem komunikacji, albo narzędziem w ogóle. Jeśli komunikacja sama w sobie nas specjalnie nie interesuje, możemy z niego korzystać jako z wytrycha do informacji. Dlatego starałbym się znaleźć punkty styczne naszego życia z tym językiem. Czyli jeśli interesuje nas fitness, możemy zacząć o nim czytać po angielsku. Możemy zajrzeć do badań naukowych, ich zasób w tym języku w porównaniu do polskiego jest naprawdę ogromny. Jeśli z kolei dojazd do pracy zajmuje nam pół godziny, możemy poświęcić ten czas na słuchanie muzyki, ale tylko po angielsku, zamiast radia, gdzie nie mamy wpływu na odtwarzane piosenki. Jeśli z kolei lubimy pisać i piszemy na przykład dziennik, dlaczego by nie zacząć go prowadzić w innym języku? Lubimy oglądać seriale? Po co oglądać je z polskimi napisami lub lektorem? Możemy nauczyć się wypoczywać w tym języku.  

DS: Od siebie dorzucę jeszcze, że gdy pracowałem nad angielskim, znalazłem czynność, która zajmowała mi dużo czasu, czyli rozmowy z moim bliskim przyjacielem przez telefon i zaproponowałem rozmawianie po angielsku. Ważne jednak jest, żeby przejść do tego od razu. Kiedy podjęliśmy pierwszą próbę, jakoś szybko o tym zapomnieliśmy, kiedy jednak po raz drugi po prostu zaczęliśmy mówić po angielsku, nie przestaliśmy bodajże przez rok. Tylko początek jest najtrudniejszy, a efekty są zdumiewające.

A teraz pytanie, które zadaję wszystkim moim gościom: czym według ciebie jest charyzma?

BC: Dla mnie jest to zlepek umiejętności różnego rodzaju, a które najczęściej nie są widoczne. Dosyć często postrzega się ją jako coś wrodzonego, a co ciekawe często okazuje się to wypadkową rzeczy, które robimy albo których nie robimy. Dla mnie jest to robienie właściwych rzeczy i nierobienie niewłaściwych.

DS: A jeśli ktoś chciałby się z tobą skontaktować to jak najłatwiej cię znaleźć?

BC:  Albo przez angielską stronę, www.universeofmemory.com albo www.universeofmemory.pl

Znajdują się tam formularze kontaktowe oraz numer telefonu, którego jednak prawie nigdy nie odbieram.

DS: To prawda, na smsy też odpisujesz bardzo późno. Czyli najlepiej skorzystać z formularza?

BC:  Dokładnie.

DS: Zachęcamy też do zapoznania się ze stroną, o której wspomniał Bartek, znajdziecie tam sporo informacji o tym, jak uczyć się języków, o wiele więcej, niż zawarliśmy w tej rozmowie.

Dobrze, ze swojej strony dziękuję ci, że zgodziłeś się na rozmowę i podzieliłeś się swoją wiedzą ze mną i z czytelnikami.

BC: Ja również dziękuję za zaproszenie.